Lotka szybsza od Formuły 1

- Osoba, która nigdy nie uprawiała wyczynowo badmintona, choćby była nie wiadomo jak sprawna
i ambitna, nie jest w stanie zdobyć w meczu z badmintonistą szkolonym 1 punktu na 100 możliwych
– mówi w wywiadzie dr Henryk Nawara, trener i opiekun sekcji badmintona na Uniwersytecie Wrocławskim.




Dr Henryk Nawara  (fot. Sebastian Góral)

 

Dr Henryk Nawara – z badmintonem związany od ponad 30 lat. Jest trenerem I klasy, wychował wielu reprezentantów Polski. Opublikował ponad 30 prac z zakresu badmintona. Za szczególne osiągnięcia w działalności dydaktycznej
i wychowawczej został odznaczony Medalem Komisji Edukacji Narodowej.

 

Denerwuje się Pan, gdy słyszy słowo „badmington”?

Na pierwszych zajęciach wyjaśniamy studentom pochodzenie tej gry. Wiedzą, że narodziła się w Anglii, a nazwa pochodzi od posiadłości, w której ją zaprezentowano. Później raczej nie popełniają błędów. Choć bywa i tak, że sprawozdawcy telewizyjni gdzieś tam to „g” przemycą i wtedy jest to denerwujące.

 

Na lekcjach w-fu może dwa razy zdarzyło mi się zagrać w badmintona. Nie odnosi Pan wrażenia,
że w Polsce ten sport jest mocno marginalizowany?

Generalnie w naszym kraju badminton kojarzony jest z grą rekreacyjną, dość monotonną i nieciekawą, która nie wywołuje większych emocji. Ot, taka „przebijanka”. Dopiero ktoś, kto wszedł na salę, wziął rakietkę do ręki i poprowadzony przez instruktora poznał kilka szczegółów techniki, odnajduje przyjemność w tej grze i pozostaje jej wierny.

 

Czy jest jakaś różnica pomiędzy kometką a badmintonem?

Tak, te pojęcia nie są tożsame. Przyjęło się, że kometką nazywamy rekreacyjną postać badmintona. Polega ona na odbijaniu lotki bez używania siatki. Najczęściej w plenerze, wyłącznie dla zabawy. Badminton, jako sport olimpijski, obwarowany jest już szeregiem przepisów. To naprawdę trudna gra – samych elementów technicznych jest około 120. Porównano kiedyś dystans, jaki podczas swoich meczów pokonali zwycięzca Wimbledonu Boris Becker oraz ówczesny mistrz świata w badmintonie. Okazało się, że tenisista zrobił na korcie 3,5 km, natomiast badmintonista aż 5,5 km. Teraz wyobraź sobie, że zawodnik, który wygrywa turniej, musi rozegrać co najmniej cztery mecze oraz piąty w finale. Wówczas otrzymujemy dystans prawie 30 km. Często dochodzi do tego jeszcze gra w deblu. Wydatkowanie energii jest więc bardzo duże. Anglicy twierdzą, że godzina gry w badmintona, to kilogram wagi mniej. Coś w tym jest, bo na naszych zajęciach nie znajdziemy studentów, którzy mają problemy z nadwagą.

 

Na jakich umiejętnościach, w odróżnieniu od graczy innych gier rakietowych (tenisa ziemnego, squasha, tenisa stołowego), bazują badmintoniści?

Przede wszystkim szybkość reagowania. Badminton uchodzi za najszybszą dyscyplinę sportu na świecie. Wyliczono, że wysokiej klasy badmintonista podczas meczu uderza lotkę, która osiąga prędkość powyżej 400km/h. Tenis, squash, tenis stołowy czy golf to dyscypliny zdecydowanie wolniejsze. Żartuje się nawet, że badminton jest grą szybszą od Formuły1, ponieważ bolidy nie rozwijają takiej prędkości (obecny rekord na torze Formuły 1 to 369 km/h – przyp.). Mówimy oczywiście o prędkości początkowej, na krótkim odcinku, bo lotka ma kształt mało aerodynamiczny i musi wyhamować. Dlatego aby wygrywać mecze, trzeba mieć bardzo dobrze wyćwiczony tzw. czas reakcji.

 

 

Uważa Pan, że jest to sport dla każdego? Niezależnie od wieku można chwycić rakietkę i rozpocząć naukę?

Jak najbardziej. Na poziomie amatorskim badminton nie jest grą skomplikowaną. Już w dzieciństwie niemal wszyscy oswajaliśmy się ze sprzętem. Nauka tej gry jest dużo prostsza w porównaniu np. do tenisa. Początkującym dość łatwo przychodzi utrzymanie lotki w powietrzu, podczas gdy w tenisie trzeba się długo szkolić, aby piłka pozostała w korcie. Jest to gra bezkontaktowa i jednocześnie towarzyska. Można pożartować, pośmiać się, a przy tym występuje element rywalizacji.

 

Jak zaczęła się Pana przygoda z badmintonem? Dlaczego wybrał Pan właśnie tę dyscyplinę?

Moje początki są anegdotyczne. Jako świeżo upieczony absolwent AWF-u, pojechałem latem na pierwszy obóz do pracy w roli asystenta. Przypadek sprawił, że zabrakło prowadzącego do gier rekreacyjnych. Wtedy szefowa powiedziała: — Heniu, poprowadzisz zajęcia z kometki. Tylko że ja nie miałem o tym zielonego pojęcia. Wziąłem jakąś ściągę, tłumaczę studentom reguły i zasady, ale raczej jak kompletny ignorant, laik. Widzę, że jeden z nich zaczął kręcić głową. Zdwoiłem czujność i mówię do niego: - Pan może gra w badmintona? A on na to: - Tak i to od 16 lat. Jestem aktualnym mistrzem Polski (śmiech). Oddałem mu inicjatywę i dalej już opowiadał tylko on.

 

A kto to był?

Nazywał się Zygmunt Skrzypczyński i był reprezentantem Polski. Powiedział między innymi, że osoba, która nigdy nie uprawiała wyczynowo badmintona, choćby była nie wiadomo jak sprawna i ambitna, nie jest w stanie zdobyć w meczu z badmintonistą szkolonym 1 punktu na 100 możliwych. Podkreślam: 1 punktu na 100. Widząc moją sceptyczną minę, zapytał: Panie magistrze, pan nie wierzy? Może się założymy? Powiesiliśmy plakaty i o godzinie 16.00 tego samego dnia podeszliśmy do eksperymentu. Facet stanął naprzeciwko mnie, wziął rakietkę i po mniej więcej półgodzinnej grze (choć w ogóle trudno było to nazwać grą) wynik brzmiał 100:0.

 

Kiedy schodziłem z boiska upokorzony, żegnany drwiną swoich kolegów, zaproponował mi, że zwiąże sobie nogi w kostkach i w ten sposób mnie ogra. Żeby było krócej zagramy do 15 punktów. Pomyślałem sobie: „Boisko jest dosyć duże, huknę mu jedną długą, potem krótką tuż za siatkę i zobaczymy jak on w tych swoich zajęczych podskokach pokona tę odległość”. Warunek był jeszcze taki, że jak straci równowagę, to wygrywam. Znów wyszliśmy na boisko, wykonał 15 serwów i było 15:0. Miałem już tego serdecznie dosyć. W tym momencie zaproponował mi trzeci zakład. Mówię: - Musiałbyś sobie nogę odrąbać, to może wtedy bym z tobą zagrał. I ten bezczelny typ odpowiada: - Zgoda! Przywiązał sobie stopę szarfą do pasa i stał tylko na jednej nodze. Myślę sobie, chłop daje mi szansę, żebym się zrehabilitował – założyłem się. I to był mój błąd. Trzeci mecz i 15:0.

 

Kiedyś był taki układ, że najpierw traciło się serw, a dopiero później punkt. Kiedy serował, musiał dwa razy popełnić błąd, żebym zwyciężył. Tymczasem on nawet nie stracił prawa do serwu. Po powrocie z obozu do Wrocławia poszedłem na salę zobaczyć, jak ci badmintoniści grają, bo po prostu zaintrygowała mnie ta dyscyplina. Świadomość, że spuścił mi takie lanie, strasznie mnie bolała.

 

To był dla Pana przełomowy moment? Badminton przerodził się w pasję?

Tak. Przez 4 lata chodziłem na treningi sekcji AZS AWF-u. Zaprzyjaźniłem się zawodnikami, a z Zygmuntem w szczególności. Powoli i cierpliwie odkrywał przede mną tajniki tej gry. Po paru latach będąc na obozie, już sam proponowałem studentom takie zakłady. Badminton sprawiał mi dużą przyjemność. Zrozumiałem też, dlaczego przegrałem 100:0. Popełniałem jeden podstawowy błąd techniczny, mianowicie nieprawidłowo trzymałem rakietkę. Wiele osób nieszkolonych używa chwytu rekreacyjnego, a on się zdecydowanie różni od tego, powiedzmy, wyczynowego.

 

Dr Henryk Nawara w trakcie jubileuszowego 35. Mikołajkowego Turnieju Badmintona (fot. Sebastian Góral)

 

Co możemy zyskać trenując badminton?

Zawsze powtarzam, że ma duży walor terapeutyczny. W przeciwieństwie np. do biegania. Jeśli uprawiamy jogging, to jednak zabieramy problemy ze sobą i gdzieś tam w naszym umyśle te kłopoty wracają. W badmintonie musimy realizować plan pokonania przeciwnika, umysł jest całkowicie zaprzątnięty tym zadaniem i można powiedzieć, że się resetuje. Po 1,5 godzinie gry wychodzimy z sali zupełnie odstresowani, ze świeżą głową.

 

Używany sprzęt jest lekki, do tego nie jest to sport kontaktowy, dlatego występuje bardzo mało kontuzji. Nie zdarzają się u nas nagminne urazy jak np. w piłce ręcznej. Owszem, na wysokim poziomie tak jak w każdym sporcie, można ich doznać, jednak wynikają one z przeciążeń treningowych.

 

Czy Pana zdaniem możemy zaobserwować wzrost, czy raczej spadek zainteresowania badmintonem?

Tendencja jest wyraźnie rozwojowa. Liczba graczy rośnie i trzeba podkreślić, że jest to szczególnie widoczne na naszym terenie. We Wrocławiu badminton od wielu lat rozwija się w szybkim tempie. Nie ukrywajmy, że główną przyczyną jest nasza działalność akademicka, bo w badmintona grają studenci na Uniwersytecie Wrocławskim, AWF-ie, Politechnice, Uniwersytecie Ekonomicznym - właściwie na każdej większej uczelni. Nasza tradycja w upowszechnieniu tej gry sięga 35 lat. Wielu studentów po zakończeniu nauki wraca później na salę. W związku z tym we Wrocławiu powstało kilka komercyjnych obiektów, w których można uprawiać ten sport.

 

 

W 1979 roku zorganizował Pan pierwszy turniej badmintona. Skąd bierze Pan energię, aby rokrocznie, od 35 lat, wciąż to robić?

Czerpię ją od ludzi, którzy mnie otaczają. Widzę, że moja praca jest pożyteczna. Pozytywny odbiór daje mi satysfakcję i radość z tego, co robię. Gdyby tak nie było, pewnie dawno bym przestał. Zresztą byłeś na naszym turnieju i widziałeś jakie to barwne, wesołe i za razem sportowe imprezy, bo w końcowej fazie wszystko odbywa się już na poważnie. Turnieje może nie są zbyt sformalizowane, raczej mają formułę otwartą. Czasami absolwenci przyprowadzają swoje dzieci, aby je także uczyć gry w badmintona.

 

Otrzymuje Pan jakieś wsparcie?

Tak. Trzeba zaznaczyć, że uczelnie bardzo nas wspierają. Zarówno Uniwersytet, jaki i sama organizacja środowiskowa AZS-u. Pełni ona rolę mecenasa naszej działalności i pod jej szyldem organizowane są nasze największe turnieje badmintonowe.

 

Jakimi osiągnięciami mogą pochwalić się studenci Uniwersytetu?

Należy uczciwie powiedzieć, że na Uniwersytecie mamy sekcję amatorską. Przychodzą do nas studenci, którzy uczą się tej gry od zera i potem trudno jest im nadrobić zaległości względem dłużej grających. Sukcesy sekcji w dużej mierze wiążą się z naborem. Jeśli trafiają się nam studenci, którzy wcześniej trenowali badmintona, to szybko zyskujemy na sile.

 

Niemniej w Dolnośląskiej Lidze Międzyuczelnianej Uniwersytet ma mocną pozycję, utrwaloną od wielu lat. W punktacji drużynowej dziewczęta są aktualnie na pierwszym miejscu. Co ciekawe, ostatni turniej wygrały nawet z AWF-em. Wśród chłopców plasujemy się na trzeciej lokacie. Podczas Akademickich Mistrzostw Polski zwykle udaje nam się nam awansować do turnieju finałowego, ale tam niestety, nie mamy możliwości zdobywania laurów, gdyż zwykle są to drużyny złożone z zawodników wyczynowych.

 

Rozmawiał: Tomasz Szozda